Treść strony

 

Pasja ma sprawiać radość – Barbara Zarzecka

Z Izabelą Dłużyk, absolwentką filologii angielskiej i rosyjskiej, wykładowczynią na Uniwersytecie Gdańskim, pasjonatką nagrywania dźwięków przyrody, autorką pracy doktorskiej dotyczącej głosów ptaków w kontekście symbolizmu dźwiękowego, rozmawia Barbara Zarzecka.

Barbara Zarzecka: – Kilka lat temu przeczytałam w internecie, że niewidoma dziewczyna marzy o tym, by wyjechać do amazońskiej dżungli. Pamiętam, że pomyślałam wtedy: „Wow! Co za niesamowita pasja! Trzymam kciuki, by ten plan wypalił!”. I w końcu natknęłam się na reportaż w „Wysokich Obcasach”, z którego wynika, że się Pani udało.
Izabela Dłużyk: – Tak, udało się. Najpierw założyłam zbiórkę crowdfundingową, a rok później wyjechałam do Peru.

B.Z.: – By nagrać głosy papug…
I.D.:  – Głównie papug, ale nie tylko. Jechałam tam z nastawieniem, że zarejestruję wszystko, co mogę, co po prostu się uda, na co akurat się natknę. Ale tak, najważniejszym celem były właśnie papugi. Nad rzeką Tambopata, w Amazonii,  są takie gliniaste klify, gdzie prawie każdego ranka te ptaki zbierają się dużymi stadami i jedzą glinę, prawdopodobnie uzupełniają sobie w ten sposób sód. Trwa to tak mniej więcej godzinę, półtorej, i pod względem dźwiękowym jest to wyjątkowo spektakularne zjawisko przyrodnicze. Cieszę się, że udało mi się posłuchać tego koncertu na żywo. I uwiecznić, nagrać go od początku do końca.

B.Z.: – Czy to była karkołomna wyprawa?
I.D.: – Największa trudność polegała na tym, że był to lot z przesiadkami. W podróży towarzyszył mi brat. Najpierw polecieliśmy z Gdańska do Londynu, potem z Londynu do Madrytu, następnie z Madrytu do Limy. W Limie zostaliśmy kilka dni, bo tak nam się plan lotu ułożył. Potem z Limy lecieliśmy do Puerto Maldonado, miasteczka położonego przy granicy z Boliwią, z którego potem już bezpośrednio popłynęliśmy do tego rezerwatu. Więc tych przesiadek było rzeczywiście sporo, sam lot z Madrytu do Limy trwał chyba z osiemnaście godzin. Tak że wyprawa ta wymagała pewnego samozaparcia.

B.Z.: – No właśnie, samozaparcia, ale i odwagi. Nie bała się Pani? Jadowitych węży, pająków, chorób?
I.D.: – Przed wyjazdem porządnie się przygotowałam. Czytałam w internecie, jakie są realia tamtejszej dżungli. I tak naprawdę Amazonia nie jest taka niebezpieczna. (Podobno w tropikalnej części Australii jest dużo gorzej). Leciałam więc z przeświadczeniem, że owszem, może się coś wydarzyć, ale to zdecydowanie nie jest najbardziej niebezpieczne miejsce na Ziemi. Potwierdził to nasz przewodnik już pierwszego dnia, kiedy dopiero jechaliśmy do rezerwatu. W filmach przyrodniczych Amazonia jest pokazywana w sposób bardzo udramatyzowany, podkolorowany, chodzi przecież o to, by zbudować napięcie, przyciągnąć uwagę widza. Ale tak naprawdę Amazonia jest przyjazna. I teraz mogę to potwierdzić, mimo że przez te dziewięć dni mojego pobytu w Peru nie wszystko poszło gładko.

B.Z.: – A co się wydarzyło?
I.D.: – Czwartego dnia mrówka ukąsiła mnie w palec. Wydawałoby się, że to nic takiego, ale niestety, to nie była taka sobie zwykła mrówka. Nie wiem, czy ona ma u nas nazwę gatunkową, ale kiedy tłumaczy się z języka hiszpańskiego czy angielskiego, mówi się na nią „mrówka pociskowa”, bo jej ukąszenie porównuje się do postrzału. Nikt nigdy do mnie nie strzelał (śmiech), więc nie wiem, czy rzeczywiście ból jest porównywalny, ale podejrzewam, że tak. Wprawdzie myślałam, że będzie gorzej, bo słyszałam, że boli przez dwadzieścia cztery godziny. I przez pierwszą godzinę po ukąszeniu, rzeczywiście, nie wiedziałam, co ze sobą zrobić. Pomyślałam wtedy, że jeśli będę się tak czuła przez całą dobę, to pojęcia nie mam, jak ja to wytrzymam. Ale na szczęście przeszło. I nie było tak tragicznie, w rezerwacie mają podstawowe środki medyczne na wypadek takich sytuacji, więc otrzymałam tabletki przeciwbólowe i maść. I pomogło.

B.Z.: – To dobrze, że ból szybko minął. Co jeszcze udało się nagrać poza papugami?
I.D.: – Wyjca rudego – to taki gatunek małpy, który jest bardzo charakterystyczny dla Amazonii i dlatego zależało mi na zarejestrowaniu jego niezwykłego, wyjątkowo głośnego zawodzenia. „Polowałam” też na pekari, to takie ssaki podobne do dzika, które wydają bardzo specyficzny dźwięk, tak szczękają kłami podczas szukania jedzenia w leśnym podszycie – nasze polskie dziki tak nie robią. I kiedy właśnie nagrywałam te dźwięki wydawane przez pekari, odezwał się wyjec. Byłam zachwycona, bo nie spodziewałam się tego głosu. Niestety, podczas wyjazdu się przeziębiłam, a może to było przesilenie spowodowane zmianą klimatu, nie wiem, w każdym razie miałam katar i kaszel. Więc proszę sobie wyobrazić: siedzę tam, nagrywam tego wyjca. I tak się cieszę! Ale z każdą chwilą coraz bardziej czuję, że zbiera mi się na kaszel. Z całej siły próbuję się powstrzymać, bo przecież pierwszy raz w życiu słyszę wyjca, warunki są idealne, jest blisko, no, nie mogę tego tak zniszczyć, a wiadomo, że jak się wyda jakiś głośny dźwięk, to zwierzę się przestraszy i przestanie się odzywać. Ale w końcu nie dałam rady i jak się rozkaszlałam… Aż łzy mi z oczu poleciały! Tak czy inaczej, mam około dziesięciu minut nagrania. Poza tym zarejestrowałam jeszcze głosy kapucynek i sejmiri, to też sukces, bo jednak małpy odzywają się rzadziej niż ptaki.

Mam też dźwięk burzy, takiej tropikalnej, amazońskiej ulewy. To była chyba ostatnia noc mojego pobytu, więc też miałam szczęście. W tym ośrodku, gdzie mieszkaliśmy, były tylko trzy ściany, zamiast czwartej stała tylko taka barierka, a za nią mieliśmy już dostęp do lasu. Oczywiście, to się wiązało z tym, że trzeba było uważać, bo na przykład czasami wchodziły różne zwierzęta do pokoju. Ale dzięki temu, kiedy chciałam nagrać tę burzę, to po prostu wystawiłam sobie mikrofon przez barierkę i nie musiałam narażać sprzętu na zalanie. I bardzo pięknie to wyszło. Tym bardziej że dach był z palmowych liści, więc nie słychać tego, że deszcz uderza o jakieś drewno czy blachę, tylko o liście. Brzmi to tak, jakby było bezpośrednio w lesie nagrywane. Jest takie naturalne tło.

B.Z.: – Pięknie Pani o tej wyprawie opowiada. Chciałaby Pani tam jeszcze wrócić?
I.D.: – Jeśli się uda, to tak. Miałam już nawet konkretne plany, by prowadzić tam badania akustyczne. Zajęłabym się badaniem głosów ar, bo nikt tego jeszcze nie robił. W czasie kiedy ja tam byłam, bo teraz to się chyba nieco zmieniło, ale wtedy w tym ośrodku działały dwie komórki. Jedna była taka ściśle turystyczna, promująca to miejsce, tamtejszą przyrodę, wspierająca lokalną społeczność, która utrzymuje się głównie z turystyki. A druga komórka zajmowała się działalnością naukowo-badawczą, w jej ramach była możliwość odbycia wolontariatu. Po powrocie do Polski skontaktowałam się ponownie z ośrodkiem i zaproponowałam, że przyleciałabym na dłużej, powiedzmy na trzy miesiące i zajęłabym się nagraniami. Ale osoba, która miała mi pomóc z dokumentacją, była akurat przed obroną pracy doktorskiej i pomyślałam, że teraz nie będę jej przeszkadzać, zrobię to za rok, a za rok wybuchła pandemia i okazało się, że muszę to przełożyć na czas nieokreślony. I nie wiem, kiedy ten plan uda się zrealizować i czy w ogóle będzie to kiedyś możliwe. Ale najważniejsze jest to, że zrobiłam to, na czym mi najbardziej zależało, czyli byłam tam przez kilka dni i uwieczniłam dźwiękowe pejzaże Peru. Kiedy zakładałam tę zbiórkę, nie wiedziałam w ogóle, czy cokolwiek z tego wyjdzie, jak to zostanie odebrane. A tu proszę, pełen sukces!

B.Z.: – Skąd ta pasja w ogóle?
I.D.: – Wszystko zaczęło się od zainteresowania ptakami. To był rok tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiąty siódmy, może ósmy. Moja ciocia kupiła encyklopedię multimedialną PWN na płycie CD i okazało się, że przy niektórych gatunkach ptaków są przykłady głosów. To były takie bardzo krótkie nagrania i wyjątkowo kiepskiej jakości. Ale ja się tym w ogóle nie przejmowałam, bo po prostu byłam zafascynowana. Zaczęłam sobie nagrywać te głosy na dyktafon, ponieważ chciałam nauczyć się odróżniać, jak konkretne ptaki śpiewają. I tak z czasem coraz bardziej się tym pasjonowałam. Potem podczas jednej ze szkolnych wycieczek dostałam od pani leśnik kasetę z głosami płazów. To też mnie zainteresowało. Następnie była kaseta z ptakami, już kupiona celowo, jedna, druga. No i sama zaczęłam na tym moim rzężąco-szumiącym dyktafonie coś nagrywać. Wtedy był sukces, kiedy na nagraniu w ogóle było słychać ptaka. Przez dobrych kilka lat utrwalałam więc na dyktafonie głosy takich zwykłych ptaków, które pojawiały się w najbliższej okolicy. Potem kupiłam trochę lepszy sprzęt, używany MiniDisc, były kiedyś takie rejestratory analogowe, do których trzeba było włożyć małą dyskietkę. Do tego był podłączany zwykły mikrofon, dynamiczny, duży, z taką kulistą końcówką i grubym kablem. Już wtedy dowiedziałam się, że istnieje profesjonalny sprzęt, ale długo myślałam, że to jest poza moim zasięgiem. Wysondowałam, jaka firma jest najbardziej znana, ceniona w środowisku osób, które zajmują się nagrywaniem przyrody, ale nawet bałam się zaglądać, ile to kosztuje. Aż w pewnym momencie sprawdziłam. I kiedy okazało się, że to nie jest dwadzieścia tysięcy, jak myślałam, tylko około pięciu, to stwierdziłam, że to nie brzmi tak nierealnie. Chociaż wtedy pięć tysięcy to była dla mnie ogromna kwota, ale pomyślałam, że gdybym tak się zawzięła i przez kilka lat odkładała wszystko, co się da, to może nawet by się udało. Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Przez pięć lat oszczędzałam, dostałam wtedy też pierwszą pracę, więc było mi trochę łatwiej. I wreszcie udało mi się kupić taki profesjonalny mikrofon, który jest dostosowany do nagrywania ptaków. Na początek pojechałam do Białowieży. Bo to było miejsce, które chciałam od dawna odwiedzić, ale wcześniej, kiedy miałam dyktafon, nie organizowałam żadnych dalekich wypraw, bo wiedziałam, że to nie ma sensu. Szkoda byłoby czasu na takie słabe nagrania. Dopiero kiedy już miałam lepszy sprzęt, to uznałam, że warto pojechać gdzieś dalej.

B.Z.: – Uczyła się Pani w szkole ogólnodostępnej czy w ośrodku dla osób niewidomych?
I.D.: – Przez pierwsze sześć lat byłam w tzw. szkole masowej, w klasie integracyjnej, potem na czas gimnazjum wyjechałam do Lasek i przez trzy lata mieszkałam w internacie. Na czas liceum wróciłam znowu do Gdańska i uczyłam się w szkole masowej. A potem już zwyczajnie studiowałam, na Uniwersytecie Gdańskim.

B.Z.: – A ile gatunków ptaków potrafi Pani rozpoznać?
I.D.: – Nigdy tego nie liczyłam, ale tak bez problemu pewnie około dwustu. Tyle mniej więcej głosów znajduje się w najbardziej znanych przewodnikach głosowych, czyli dwupłytowym albumie Zdzisława Pałczyńskiego „Głosy ptaków Polski” oraz serii przygotowanej przez Tomasza Ogrodowczyka „Głosy ptaków Polski suplement” i „Jaki to ptak?”. Zaprezentowane tam gatunki mam na tyle wyuczone, że bez problemu jestem w stanie je rozpoznać, nie tylko po śpiewie, ale i sygnałach alarmowych czy kwileniu piskląt. To oczywiście długie lata nauki, z różnych źródeł, z różnych nagrań, żeby sobie wyrobić ucho.

B.Z.: – Ma Pani swój ulubiony głos? Takie nagranie, które sprawia, że szybciej bije serce?
I.D.: – Tak, szczególnie porusza mnie głos słowika szarego. To jest mój ulubiony śpiewak i nie wiem nawet, jak to racjonalnie uzasadnić. Pamiętam, że kiedy pojechałam po raz pierwszy do Białowieży, to bardzo liczyłam na to, że uwiecznię jego trele, i na szczęście się udało. To było moje pierwsze nagranie słowika szarego, z którego byłam bardzo dumna i do którego mam duży sentyment. Coś pięknego, naprawdę! Ten głos działa na moją wyobraźnię, moją wrażliwość, szczególnie kiedy śpiewa pod wieczór, w nocy albo wcześnie rano. Ten gatunek przeważnie lubi miejsca wilgotne, nad wodą, więc jeszcze jest taki charakterystyczny zapach. Zdecydowanie jest to pejzaż jedyny w swoim rodzaju. I to jest coś niesamowitego! Nawet nie mogę tego porównać do tego, co wydarzyło się w Peru. Jest w Amazonii taki ptak, strzyżoń melodyjny się nazywa. Niestety, nie nagrałam go z bliska, jego śpiew pojawia się tylko gdzieś w tle. Też ma bardzo piękny głos, takie melodyjne gwizdy, ale to są diametralnie różne świergoty, z zupełnie innych środowisk. W Amazonii jest też tak, że liście mają gładką powierzchnię i żeby te wszystkie dźwięki dżungli nie zlewały się ze sobą, to ptaki śpiewają zupełnie inaczej niż u nas.

B.Z.: – A są jeszcze jakieś brakujące nagrania w Pani kolekcji?
I.D.: – Teraz piszę pracę doktorską o głosach ptaków w kontekście językoznawstwa, bo zajmuję się symbolizmem dźwiękowym. Na przykład analizuję odgłosy wydawane przez pójdźkę, które porównuje się do słowa „Pójdź!”. I chciałam do tego dołączyć własne nagranie, tylko że to nie jest gatunek pospolity, tym bardziej że – wiadomo – sowa, jak to sowa, odzywa się głównie w nocy, więc zlokalizowanie jej nie jest takie proste. I rzeczywiście skontaktowałam się z ornitologiem, który dał mi konkretne wskazówki, gdzie tę sowę można znaleźć. Tak że czasami, w wyjątkowych przypadkach, szukam konkretnych gatunków. Ale nagrywanie ptaków to jest studnia bez dna. Zawsze można coś więcej, zawsze można coś lepiej, są rzadkie gatunki, które chciałoby się uwiecznić. Chociażby głosy dubeltów. Dubelt to jest taki rzadki ptak, spotykany w Biebrzańskim albo Narwiańskim Parku Narodowym. Jego tokowanie brzmi bardzo spektakularnie. Chciałam też nagrać głuszca, to jest gatunek ginący.

Ale generalnie mam świadomość tego, że w tym się można zatracić. I mogłoby się stać tak, że zamiast cieszyć się z tego, co mam nagrane, nawet z takich zwykłych odgłosów, zaczęłabym być niezadowolona, bo nie mam tego, tego i tego też nie mam. A przecież pasja jest po to, by sprawiała radość. Nie chcę myśleć, że cały czas jest czegoś za mało, że jest źle i że musi być lepiej.

Już nie raz słyszałam o tym, jak fotograf wabił ptaki, by się odpowiednio ustawiły do zdjęcia. Zakłócał im w ten sposób ich normalną aktywność. Ja bym nie chciała, żeby coś takiego się stało z tym moim zainteresowaniem. I dlatego raczej koncentruję się na tym, by szukać sobie różnych ciekawych zakątków, bliżej lub dalej mojego miejsca zamieszkania, zależnie od możliwości, i po prostu korzystać z tego, co akurat się nasunie w danym momencie. Lubię być otwartą na to, co akurat przynosi chwila, a nie tylko cały czas szukać czegoś według moich oczekiwań. Bo tak naprawdę z przyrodą jest tak, że ona nie ma żadnego obowiązku spełniać naszego widzimisię. I musimy to zaakceptować, bo jeśli nie, to będziemy coraz bardziej sfrustrowani, niezadowoleni i rozczarowani. Tak że myślę, że to jest bardzo istotne w rozwijaniu zainteresowań, żeby nie zapomnieć o swoich priorytetach. Staram się więc pamiętać, że to ja muszę się dostosować do tego, co przyroda oferuje, a nie odwrotnie.

B.Z.: – Gdyby nasi czytelnicy chcieli posłuchać tych nagrań, to jest taka możliwość, ponieważ na rynku dostępne są Pani płyty, tak? Opowie Pani coś o nich?
I.D.: – Oczywiście. Do tej pory nagrałam dwie płyty, które są dostępne w Polsce:

„Echa Krainy Żubra” – to są nagrania z Puszczy Białowieskiej, które ukazały się nakładem wydawnictwa Soliton, oraz „Echa Krainy Łosia”– czyli pejzaże dźwiękowe z Biebrzańskiego Parku Narodowego (ta płyta także wydana przez wydawnictwo Soliton).

Są jeszcze trzy albumy wydane przez wydawnictwo australijskie Listening Earth, ale to są tak naprawdę te same dźwięki, które są dostępne w Polsce. I jest jeszcze jedno wydawnictwo – słowackie, w którym wydałam do tej pory dwa tytuły. Jeden z odgłosami wiosny – „Soundscapes of spring”, a drugi z dźwiękami lata – „Soundscapes of summer”. I to są płyty, które dostępne są tylko do pobrania, nie ma ich fizycznie na CD. Docelowo planuję jeszcze dwie, na zimę i jesień. Ale to już chciałabym wydać w tym wydawnictwie polskim, Soliton. Jeszcze trochę to potrwa, bo nie wszystko mam zrobione. Nie zamierzam koncentrować się tylko na ptakach, chcę uwiecznić też inne charakterystyczne dla zimy i jesieni pejzaże dźwiękowe. Więc jeszcze w tym roku, jeśli się uda, wybiorę się na rykowisko jeleni. Planuję też nagrać żurawie, mam jedno nagranie tych ptaków wykonane podczas odlotów z ujścia Warty, ale niestety, to było z dość dużej odległości, bo tam były duże tereny pozalewane. Jeszcze spróbuję bliżej mojego miejsca zamieszkania, może coś się uda.

W każdym razie zależy mi na tym, żeby wszystkie moje nagrania były dostępne w Polsce. Nie chcę się koncentrować tylko na serwisach zagranicznych, bo to moim zdaniem nie ma sensu. Prawdopodobnie niedługo ukaże się również mój album z nagraniami z Peru. Mam też taki plan, by niektóre moje nagrania były udostępniane za opłatą w takiej czy innej formie, a inne niech będą darmowe. Ale jeszcze nie stworzyłam sobie koncepcji, jakby to miało dokładnie wyglądać. W każdym razie chciałabym się tym dzielić. Ale żeby się tym dzielić, to trzeba mieć czym. A ja tak profesjonalnie zaczęłam nagrywać całkiem niedawno, bo od 2015 roku, to wbrew pozorom nie jest długo. Ponieważ nie widzę, nie mogę być w terenie dużo czasu, bo jednak ktoś ze mną jeździ. Rodzina musi mieć czas, więc na pewno dla mnie siedem lat nagrywania, to nie jest to samo, co mogłoby być dla osoby widzącej, która nie jest od nikogo zależna, jeździ sobie gdzie chce, nie musi się podporządkowywać pod czyjeś plany. Wtedy wiadomo, że możliwości są większe. Czuję, że to niewidzenie mnie do pewnego stopnia ogranicza, trochę spowalnia, ale wiadomo, jest jak jest, i trzeba sobie radzić, z takimi uwarunkowaniami, jakie są.

B.Z.: – Ta pasja na pewno wymaga wielu poświęceń, czasu, energii, pieniędzy… A Pani chce się tym dzielić za darmo?
I.D.: – Kiedy ktoś mnie pyta, czy mogłabym coś udostępnić z moich nagrań, to zawsze staram się pomóc i wyszukiwać takie formy, żeby to nie było tak, że ja to robię tylko dla siebie, albo ktoś ma do tego dostęp tylko wtedy, kiedy zapłaci, bo to nie o to chodzi. Przecież przyroda nie wymaga od nas opłat, żebyśmy mogli jej słuchać. Więc nie traktuję tej pasji w kategoriach zarobkowych. Zresztą, to i tak nie miałoby większego sensu, bo to jest coś tak niszowego, że gdyby ktoś chciał zajmować się nagrywaniem ptaków z nadzieją na jakieś spektakularne zarobki, to szybko by się rozczarował. Nawet nie zwrócą się wydatki, które wiążą się na przykład z wyjazdami w teren. Więc to się robi dla idei.

B.Z.: – Jest Pani takim łącznikiem między przyrodą a ludźmi. Ale też w jakimś sensie artystką, reżyserką tych magicznych ptasich audycji. Dla kogo Pani „tworzy”? Jak sobie Pani wyobraża swoich odbiorców?
I.D.: – Staram się, żeby mnie w tym było jak najmniej. Zupełnie nie zniknę, to jest niemożliwe, bo już samo to, że wybieram takie a nie inne miejsce, żeby tam nagrywać, wpływa na efekt. Ale jednak mimo wszystko staram się tych koncertów matki natury nie aranżować, nie modyfikować. Zależy mi na tym, by przekazać to, co akurat w danym momencie, w danym miejscu przyroda ma nam do zaoferowania. Dlatego nie postrzegam siebie jako artystki, w takim ścisłym sensie, bo ja po prostu korzystam z tego, co dostaję. To od przyrody zależy, co mi się uda nagrać. Moja rola to tylko kwestia zapisu.

Odbiorcą moich nagrań może być każdy, bo odgłosy przyrody są chyba najmniej rażącym dźwiękiem, jaki można sobie wyobrazić. Bo na przykład rodzaje muzyki są różne, jeden woli rock, inny jazz, a jeszcze inny muzykę klasyczną. Zawsze są jakieś preferencje. Natomiast mało jest osób, które – niezależnie od tego, jakie mają gusta muzyczne – negatywnie reagowałyby na nagrania przyrody. To jest tak bardzo uniwersalnie relaksujące i takie delikatne, subtelne, są to dźwięki, które się nie narzucają. Tak więc wydaje mi się, że nagrywając przyrodę, mam szansę dotrzeć do największej liczby odbiorców, niezależnie od przekonań światopoglądowych, politycznych, religijnych, artystycznych czy muzycznych. Bo jest to coś, co praktycznie każdemu pomaga, jest takie niekrzykliwe, nie razi. Chciałabym też, by moje nagrania w jakiś sposób trafiały do ludzi, którzy się z czymś zmagają, albo z jakimiś chorobami, albo są po operacjach, albo potrzebują wsparcia psychologicznego, mają jakieś emocjonalne zawirowania. Wiem od osób, które mają długoletni staż nagrywania przyrody, że naprawdę takie spokojne dźwięki bardzo pomagają, np. dzieciom, które mają jakieś problemy lub zaburzenia, czy czasami po prostu potrzebują uspokojenia, z tego czy innego powodu. Kiedyś w pewnym radiu była taka inicjatywa, że na mikołajki w szpitalach dziecięcych rozdawano płyty z bajkami. Chciałabym kiedyś stworzyć album z myślą o osobach, które potrzebują wsparcia zdrowotnego: fizycznego czy psychicznego. Żeby to było coś spokojnego, delikatnego, co pomoże się wyciszyć i żeby potem te nagrania porozprowadzać, czy w hospicjach, czy w szpitalach, czy w innych ośrodkach, w których przyda się tego rodzaju pomoc. Oczywiście potrzebuję czasu, żeby to przygotować. Ale trochę takich dźwięków już mam, na przykład nagranie z Białowieży, gdzie woda Narewki przelewa się przez pieniek, i słychać, jak krople wody powolutku sobie kapią i towarzyszy temu bardzo delikatny ptasi pejzaż, trochę słowików, jakaś kukułka z pięknym echem w tle. To bardzo harmonijne, ciche nagranie. Bo czasami, jak się podsłuchuje przyrodę o świcie, to tam jest jeden wielki krzyk. A w nagraniach adresowanych do pacjentów nie może być nagłych, agresywnych dźwięków, bo ktoś może mieć nadwrażliwość albo być po skomplikowanym zabiegu kardiologicznym czy neurologicznym. Trzeba więc unikać takich sytuacji, że na przykład w cichym spokojnym pejzażu nagle krzyknie żuraw. Jestem wyczulona na takie niuanse i chciałabym przygotować coś, co może pomóc. Nie ma chyba lepszego środka niż muzyka przyrody, to jest najbardziej uniwersalna muzyka, jaką można sobie wyobrazić, uniwersalnie piękna.


Artykuł publikowany w ramach projektu „TYFLOSERWIS 2021–2024 INTERNETOWY SERWIS INFORMACYJNO-PORADNICZY", dofinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.