Treść strony

 

„Barwy szczęścia” w ogniu krytyki – Tomasz Matczak

Dawno temu, gdy pracowałem jeszcze na Niewidzialnej Wystawie, jeden z gości – podczas eksploracji pomieszczenia imitującego wnętrze domu – natrafił w ciemnościach na telewizor i spytał: „A po co niewidomemu telewizor?”. Myślę, że spora część naszego społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy, że w domach osób niewidomych telewizor znaleźć jest nietrudno. Tacy ludzie kierują się stereotypowym rozumowaniem, że przecież telewizję się ogląda, więc korzystanie z odbiornika TV przez osobę z dysfunkcją wzroku jest nielogiczne i bezsensowne. Idąc tym tropem, to nie powinniśmy mieć w mieszkaniu żarówek, bo i po co? Nie chcę jednak pisać tu o wyposażeniu mieszkań, a o emitowanym w Telewizji Polskiej serialu „Barwy szczęścia”, który to spotkał się ostatnimi czasy z krytyką na facebookowej grupie zrzeszającej niewidomych i niedowidzących internautów. 

Dostało się twórcom serialu, oj dostało, a poszło o pewne szczegóły. Ja filmu nie oglądam, lecz z dyskusji pod postem na grupie domyśliłem się, iż jednym z bohaterów jest niewidomy chłopak. To właśnie wokół niego skoncentrował się zmasowany atak członków facebookowej grupy oburzonych ukazanymi w serialu nieścisłościami. Wytknięto producentom telenoweli co najmniej dwa błędy: po pierwsze nieprawidłowości przy prezentowaniu pisma Braille’a, a po drugie niewłaściwy sposób trzymania białej laski. Pomijam komentarze dotyczące jakości, tematyki i treści „Barw szczęścia”, bo to rzecz gustu, a o gustach się nie dyskutuje, jak słusznie zauważyła jedna z komentujących post.

Generalnie odniosłem wrażenie, że osoby niewidome mają alergię na tle niewłaściwego pokazywania wszystkiego, co się kojarzy z dysfunkcją wzroku. W szeroko pojętej kulturze masowej istnieje wiele przykładów filmów czy książek, których główni bohaterowie są niewidomi. Jako przykłady warto wspomnieć oscarową produkcję „Zapach kobiety”, wzbudzający wiele kontrowersji film „Imagine” czy rodzimy obraz pt. „Carte Blanche” o historii Macieja Białka, nauczyciela z Lublina. Jakoś nikt się nie przejął faktem, iż główny bohater „Zapachu kobiety” śmiga sportowym wozem po ulicach miasta z pilotem u swego boku, co jest narażaniem życia nie tylko jego samego, lecz także innych użytkowników ruchu drogowego. Czy ta scena ukazywała niewidomych w dobrym świetle? A co z bohaterem „Imagine”, który swoich podopiecznych zachęca do porzucenia białej laski w czasie przechadzek po mieście? 

To oczywiście nieco inne ujęcie niepełnosprawności niż błędy z „Barw szczęścia”. Zgadzam się z oburzonymi członkami facebookowej grupy, że producenci czy scenarzyści powinni się bardziej przyłożyć, ale z drugiej strony, czy rzeczywiście chłopak z serialu, dzierżący białą laskę oburącz tak bardzo różni się od siedzącego za kierownicą bohatera „Zapachu kobiety”? Mam wrażenie, że w filmach czy książkach jest wiele innych, niezauważonych przez niewidomych błędów i niezauważonych nie z powodu dysfunkcji wzroku, ale z braku wiedzy. Gdy ktoś postara się trochę, z łatwością znajdzie w Internecie artykuły, w których opisywane są różne wpadki filmowców. Przykładów jest całe mnóstwo. Od Indiany Jonesa, który używa rewolweru wyprodukowanego później niż w latach, w których dzieje się akcja filmu, po ryczące silniki statków kosmicznych, które to ryczeć w próżni nie mają jak, gdyż dźwięk tam, zgodnie z prawami fizyki, nie ma prawa się rozchodzić.

Gdyby w komisji przyznającej Oscary siedziała osoba niewidoma, to „Zapach kobiety” nie miałby szans na ani jedną statuetkę.

Czy zatem, zauważywszy jakiś błąd, powinniśmy wszystko zrzucić na karb licentia poetica? Nie, z pewnością nie, ale jednocześnie traktowanie tej czy innej wpadki twórców filmu (jakkolwiek nie najlepiej świadczącej o ich profesjonalizmie) jako totalnej ignorancji oraz wołający o pomstę do nieba skandal, to moim zdaniem gruba przesada. Wszyscy jesteśmy specjalistami, wszyscy jesteśmy uważnymi krytykami, wszyscy wiemy lepiej, ale jedynie w obrębie własnego podwórka. Co to znaczy? To znaczy, że pewnie lekarze mieliby dużo do powiedzenia w kontekście serialu „Na dobre i na złe”. 

Nie sądzę, aby błędny przekaz zawarty w „Barwach szczęścia” wypaczał postrzeganie niewidomych przez społeczeństwo. Nie sądzę, bo nikt raczej tych błędów nie zauważył. Oczywiście poza tyflologami, trenerami orientacji przestrzennej czy samymi niewidomymi.

Tak łatwo przychodzi nam odżegnywanie od czci i wiary twórców „Barw szczęścia”, a mam wrażenie, że jest w tym coś z ewangelicznego przekazu o słomce i belce w oku. Jeszcze raz podkreślam, że merytoryczne błędy zdarzać się nie powinny, ale chyba nie ma co przesadzać, że będą one rzutowały na to, jak postrzega nas społeczeństwo. Tu zdecydowanie więcej zależy od nas samych. Jeśli dwie osoby niewidome kupują sobie nawzajem bilety dla przewodników, aby skorzystać z większej zniżki, jeśli uzurpujemy sobie prawo do wprowadzania wszędzie i zawsze psów przewodników, choćby i to było zgodne z przepisami, ale zapominamy, na przykład, o uczulonych na psią sierść, jeśli okładamy białą laską porzucone na chodnikach hulajnogi, jeśli wykłócamy się o należne nam pierwsze miejsce w kolejce, to gdzie tu troska o właściwy obraz w społeczeństwie? Podkreślanie, że filmowy bohater „Barw szczęścia”, mówiąc o kropkach w brajlu, popełnia błąd, że trzyma laskę w nieprawidłowy sposób, co może utrwalać stereotypy na temat osób z dysfunkcją wzroku i wpływać na ich negatywny obraz, jest moim zdaniem wywoływaniem burzy w szklance wody. Jestem przekonany, że dziewięćdziesiąt dziewięć procent widzów „Barw szczęścia” nie zwróciło uwagi na wymienione błędy. Film czy serial ma ciekawie pokazywać historię, opowiadać fabułę we wciągający sposób, a nie przede wszystkim edukować. Tę ostatnią funkcję spełniają programy oświatowe, nie filmy czy publicystyka. Dbałość o szczegóły to cecha ważna, lecz nie najważniejsza.

W dyskusji pod postem o błędach w odcinku „Barw szczęścia” padł postulat, że TVP powinna zamiast emitować seriale z merytorycznymi błędami w kontekście niewidomych, ponowić emisję serialu „Pasjonaci”.

Wspomniałem już, że o gustach się nie dyskutuje, lecz akurat z tą propozycją zgodzić się nie mogę. Serial „Pasjonaci” był moim zdaniem mocno przeciętny, aby nie rzec kiczowaty. Konfrontowanie zawodowych aktorów z amatorami przyniosło katastrofalny moim zdaniem efekt. Gra tych drugich odbiegała od artyzmu pierwszych tak dalece, jak śpiew słowika od krakania wrony. I jedno, i drugie jest głosem wydawanym przez ptaki, a jednak różnicy w melodyjności nie da się ukryć. Nie piszę tego po to, aby krytykować niewidomych aktorów. Cenię ich pasję, zaangażowanie, chęci, lecz gdyby przyglądać się serialowi pod kątem artystycznym, to ocena nie mogłaby być zbyt wysoka. Nie o to jednak chodziło w serialu „Pasjonaci”. Odcinki miały opowiadać historie bohaterów, a gdyby twórcom zależało na artyzmie, to zaangażowaliby samych zawodowców.

Wychwytywanie merytorycznych błędów w tym czy tamtym filmie świadczy jedynie o tym, że widz skupia się na doskonale znanej sobie materii, a potem wytyka nieprawidłowości i krytykuje producentów. Można i tak, ale czy wówczas nie traci się czegoś z konkretnego dzieła? Przewrażliwiony na jakimkolwiek punkcie widz natychmiast skreśla oglądany film lub czytaną książkę, zapominając o innych walorach. Gdyby błędy występowały w instrukcji obsługi lub programie edukacyjnym, to larum byłoby uzasadnione, ale czy naprawdę należy doszukiwać się szczególnych walorów opiniotwórczych w telenowelach?

I na koniec biję się w piersi: tłumacząc gościom Niewidzialnej Wystawy zasady pisma Braille’a, bywało, że zamiast „punkt” mówiłem „kropka”!

Więcej grzechów nie pamiętam…

Tomasz Matczak