Treść strony

W gabinecie psychoterapeuty - Z Panią Anetą Rybińską - psychoterapeutką - rozmawia Renata Nowacka-Pyrlik

Pani Aneta Rybińska jest jedną spośród wielu specjalistów, zajmujących się pomaganiem ludziom, którzy przeżywają, np. problemy emocjonalne, lęki, natrętne myśli i zachowania, trudności w komunikacji z innymi ludźmi, problemy w bliskich związkach, są w depresji. Prowadzi własną działalność psychoterapeutyczną w prywatnym gabinecie w Łasku – miejscu swojego zamieszkania, jest także zatrudniona w trzech niepublicznych zakładach służby zdrowia na terenie Łodzi.

Ja spotkałam się z Panią Anetą w jednym z nich – w „Centrum Medicus”, gdzie pacjenci przyjmowani są bezpłatnie, w ramach Narodowego Funduszu Zdrowia. Spośród specjalistów wykonujących zawód psychoterapeuty, panią Anetę wyróżnia między innymi to, że jest osobą niewidomą. Być może przetarty przez nią szlak, prowadzący do zdobycia uprawnień, pozwalających na wykonywanie tego zawodu, a także – mam nadzieję – przydatne wskazówki, jakimi się podzieli, rozproszą obawy i zachęcą inne osoby niewidome, albo z poważnymi problemami wzrokowymi, do podejmowania kształcenia, a później zatrudnienia w takim lub zbliżonym zawodzie. Pani Aneta udowadnia, że nie jest to niemożliwe.

Pani Aneto – brak wzroku towarzyszy Pani od urodzenia. Czy może Pani w ogromnym skrócie przybliżyć swoją sytuację z wczesnego dzieciństwa? Czy jako dziecko uczęszczała Pani do przedszkola? Jak Pani wspomina szkołę podstawową?

Jestem osobą niewidomą z powodu przedawkowania tlenu w inkubatorze. Oczywiście, nie mogę pamiętać najwcześniejszego okresu życia, ale dobrze zapamiętałam bardzo źle znoszoną przeze mnie rozłąkę z domem. Trafiłam bowiem jako pięcioletnie dziecko do przedszkola w Laskach. Potem uczęszczałam tam również do szkoły podstawowej. Z perspektywy czasu, okres szkolny wspominam raczej dobrze. Laski dużo mi dały w zakresie nauki alternatywnych metod, mających na celu przystosowanie do życia bezwzrokowego. Bardzo przydatna, zwłaszcza w późniejszym okresie (bo po terenie Ośrodka w Laskach chodziłam zazwyczaj z koleżankami) okazała się nauka orientacji przestrzennej, którą miałam w VIII klasie.

Jaki przebieg miała dalsza Pani edukacja?

Po ukończeniu szkoły podstawowej wróciłam do rodzinnego domu w Łasku i podjęłam naukę w Technikum Masażu w Ośrodku dla Niewidomych w Łodzi. Po jakimś jednak czasie doszłam do wniosku, że z różnych przyczyn trudno będzie mi wykonywać zawód masażystki, i w trzeciej klasie podjęłam decyzję o przeniesieniu się do Liceum Ogólnokształcącego w tym samym Ośrodku. Dziś bardzo miło wspominam tamten okres. W roku 1997 – po zdaniu matury, wskutek braku wiary w to, że poradzę sobie na studiach, wybrałam Studium Nowoczesnych Technik Biurowych w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Niewidomych w Krakowie przy ul. Tynieckiej. Z tamtego okresu zapamiętałam między innymi to, że nie znając Krakowa i jednocześnie nie mogąc korzystać z nauki orientacji przestrzennej po tym mieście (zajęcia takie były przeznaczone jedynie dla uczniów szkoły podstawowej i średniej), sama się praktycznie nie oddalałam z internatu. Konieczne trasy pokonywałam wyłącznie w towarzystwie osób widzących lub słabowidzących. I Krakowa nie znam do dziś.

Ale wtedy, po zdobyciu kolejnego szczebla edukacji, postanowiła Pani jednak zmierzyć się ze studiami.

Tak, od razu po krakowskiej szkole, rozpoczęłam naukę na dziennych studiach w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi, gdzie po trzech latach obroniłam licencjat z psychopedagogiki. Następny etap, to dwuletnie studia na kierunku „Pedagogika resocjalizacyjna” w Akademii Świętokrzyskiej w Piotrkowie Trybunalskim, zakończona obroną pracy magisterskiej.

Zazwyczaj absolwenci studiów poszukują zatrudnienia. Jak było w Pani przypadku?

Nie wspominam dobrze pierwszych doświadczeń związanych z chęcią zatrudnienia się. Pamiętam, że po zdobyciu przeze mnie tytułu magistra pedagogiki (moi rodzice wyjechali zaraz potem na urlop), postanowiłam podczas ich nieobecności znaleźć sobie pracę. Zaczęłam od Pogotowia Opiekuńczego. Wydawało mi się, że mogłabym w takim Domu (którego podopieczni – czyli dzieci, które przeżyły jakąś traumę, są – z różnych przyczyn oddzielone od swoich naturalnych rodzin) być kimś w rodzaju „cioci” – opiekunki, która znajdzie dla tych dzieci czas, poczyta im bajeczkę na dobranoc, przytuli, porozmawia, czy wyjdzie np. na spacer. Pan dyrektor Pogotowia z początku nie miał czasu na rozmowę ze mną, a gdy w końcu go znalazł, to nie był „miły”. Powiedział, że w ogóle sobie nie wyobraża takiej pracy – że dzieci są trudne, i że ja sobie z nimi po prostu nie poradzę. Pamiętam, że wtedy było mi bardzo ciężko, stwierdziłam nawet, że ukończenie tych studiów było bezsensowne, skoro teraz nie mogę znaleźć zatrudnienia. Ale mimo wszystko nie poddałam się, szukałam dalej.

Następnym pomysłem z mojej strony była chęć zatrudnienia się w szkole integracyjnej. Wyobrażałam sobie, że mogę być nauczycielem wspierającym. Tym razem dyrektor szkoły okazał się osobą bardzo sympatyczną i życzliwą. Zadawał dużo pytań, co moim zdaniem świadczyło o tym, że rozważał możliwość zatrudnienia mnie. Rozmowa była konstruktywna, moje kwalifikacje odpowiednie, ale, niestety, do zatrudnienia znów nie doszło. Kolejny raz zadecydował o tym brak wzroku.

Dopiero później znalazłam zatrudnienie, na umowę zlecenie, tylko, niestety, w bardzo małym wymiarze (zaledwie 5 godzin tygodniowo) w Środowiskowym Ognisku Wychowawczym Towarzystwa Pomocy Dzieciom w Łasku jako „pomoc wychowawcy”.

Na czym polegała ta praca?

Pomagałam dzieciom, głównie młodszym, przy odrabianiu lekcji, bawiłam się z nimi, czytałam im książeczki, grałam w różne gry. Pokazywałam im też pismo Braille’a; niektóre dzieci chciały się go uczyć – pisały np. swoje imiona. Zrobiłam z nimi program „Jestem OK., nie piję, nie palę, nie biorę”. Wspominam dobrze tę pracę, ale wskutek symbolicznego wynagrodzenia – nie mogła dać mi ona pełnej satysfakcji.

I wówczas postanowiła Pani zająć się kolejną dziedziną.

Wybrałam dwuletni kurs z zakresu terapii krótkoterminowej skoncentrowanej na rozwiązaniu BSFT (Brief Solution Focused Therapy) w Łodzi. BSFT jest jedną z metod terapeutycznych, stworzoną na przełomie lat 80. i 90. w USA i Europie Zachodniej, która pozwala na szybkie i skuteczne rozwiązywanie problemów ludzi żyjących we współczesnym świecie. Po ukończeniu tego kursu zostałam zatrudniona w Ośrodku Centrum Terapii Krótkoterminowej. Pracowałam w nim sześć lat, i miałam to szczęście, że mogłam się uczyć od „Mistrzów” – Marioli i Jacka Lelonkiewiczów, którzy są psychoterapeutami, superwizorami i właścicielami tego Ośrodka. Na przykład, w czasie, gdy miałam pacjenta, oni w drugim pokoju oglądali na kamerach przebieg prowadzonej przeze mnie terapii (oczywiście, tylko wówczas, gdy pacjent wyraził na to zgodę). Po wyjściu pacjenta, od razu miałam od nich informację zwrotną na temat przebiegu danej sesji (co zrobiłam dobrze, a co mogłabym zrobić lepiej). Pracując w tym Ośrodku, zapisałam się, a po czterech latach ukończyłam jeszcze Studium Profesjonalnej Psychoterapii.

Z jaką częstotliwością odbywały się zajęcia w tym Studium? Jak udawało się Pani łączyć pracę z nauką?

Podstawowe zajęcia odbywały się średnio raz w miesiącu, ale często były organizowane dodatkowe treningi wyjazdowe (zazwyczaj 5-dniowe) oraz superwizje (dla niewtajemniczonych – superwizja to forma pracy nad sobą, polegająca na tym, że spotyka się z grupą i superwizorem, czyli osobą mającą dłuższe doświadczenie i certyfikat z superwizora. Podczas tych spotkań mówi się o swoim problemie w pracy z pacjentem, a superwizor naprowadza, by coś robić lepiej lub inaczej). Dodatkowo trzeba było zaliczyć 100 godzin terapii własnej. Wiązało się to wszystko z dużymi kosztami, ale na szczęście w sfinansowaniu tych studiów pomogli mi rodzice.

Dziś, gdyby w tym Studium znalazła się osoba niepełnosprawna, mogłaby skorzystać z dofinansowania Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych w ramach programu „Student” (w czasie mojej nauki, nie było jeszcze takich możliwości).

Studiowała Pani wraz z osobami pełnosprawnymi. Czy przypomina Pani sobie jakieś szczególnie „trudne” dla Pani sytuacje?

Okres ten obfitował w dużo momentów niezwykle interesujących i rozwijających. Nie miałam żadnych problemów w kontaktach z osobami widzącymi. Jednak przypominam sobie zdarzenie, kiedy brak wzroku ewidentnie stał się przyczyną niezaliczenia nagranej przeze mnie sesji. Otóż, tak jak pozostali uczestnicy, musiałam nagrywać – przy pomocy kamery, prowadzone przez siebie sesje, a następnie – wraz ze studium przypadku, pokazywać je superwizorowi. Nagrywanie, ze zrozumiałych względów, sprawiało mi trudność, ale skoro był taki wymóg… Akurat mój pacjent kończył wówczas terapię i byłam bardzo zadowolona, że zgodził się na nagranie sesji. Jednak gdy przyniosłam to nagranie na zaliczenie, mój superwizor stwierdził, że sesja była dobra, ale mojego nagrania, niestety, nie może zaliczyć, ponieważ nie nagrała się twarz pacjenta. Nie było innego wyjścia – musiałam poszukać i nagrać innego pacjenta.

W końcu uzyskała Pani certyfikat psychoterapeuty Polskiego Towarzystwa Psychoterapii Skoncentrowanej na Rozwiązaniu zgodny z kryteriami Ministerstwa Zdrowia, i – po zaliczeniu wymaganych praktyk i staży – pracuje Pani z powodzeniem w tym zawodzie. Co daje Pani ta praca? Czy pacjenci, których Pani przyjmuje, wiedzą że jest Pani osobą niewidomą? Czy fakt ten ma jakieś znaczenie?

Wykonywana praca (zaraz po Studium Psychoterapii pracowałam jeszcze w telefonie zaufania „Zakręt” w Łodzi i w Klubie Abstynenckim „Merkury” w Łasku) dawała, i daje mi niewątpliwie satysfakcję. Lubię obserwować zmiany na lepsze. Czasem jest tak, że te zmiany są powolne (chociaż przy „mojej” metodzie staram się, by następowały możliwie szybko), ale pewnych procesów nie jesteśmy w stanie przyspieszyć, np. gdy pacjent jest w żałobie; wówczas najbardziej oczekuje obecności, towarzyszenia mu.

Gdy pacjent jest do mnie zapisywany (czas oczekiwania na terapię wynosi około miesiąca, czasem sięga dwóch miesięcy), to panie rejestratorki nie informują o tym, że ja nie widzę. Ale np. w Ośrodku prywatnym, gdzie pracowałam wcześniej, uprzedzano, że terapeuta jest osobą niewidomą. Ja nie mam w tej sprawie sprecyzowanego poglądu, ale gdy zapisuję pacjentów do mojego gabinetu prywatnego, też nie mówię o swoim niewidzeniu. Sądzę, że komunikat o braku wzroku daje do myślenia – pacjent zaczyna się zastanawiać, pod jakim względem taki terapeuta może być „lepszy” albo „gorszy” od widzącego. Niektórzy mogą sądzić, że „lepszy”, ponieważ nie mając kontaktu wzrokowego, nie ocenia danej osoby po wyglądzie zewnętrznym. Poza tym pacjent nie będzie rozpoznany na ulicy, co w małej miejscowości może mieć jakieś znaczenie. Natomiast dla innych, taki terapeuta może być „gorszy”, ponieważ będzie im brakowało kontaktu wzrokowego (osobiście, dotychczas spotkałam się jeden raz z sytuacją, gdy osoba zrezygnowała z moich usług, ze względu na brak kontaktu wzrokowego; rezygnację z terapii argumentowała tym, że „rozmawiając ze mną, ma wrażenie, jakby rozmawiała przez telefon”). Kiedyś zastanawiałam się nad tym, że może warto byłoby zrobić badania dotyczące tego, na ile wzrok przeszkadza, pomaga, a na ile nie ma znaczenia. Ja się jednak chyba takich badań nie podejmę, ponieważ metodologia nie jest moją silną stroną. Skądinąd wiadomo, że w komunikacji międzyludzkiej wzrok odgrywa bardzo ważną rolę, myślę więc, że cenne byłoby, gdyby pacjenci sami wypowiedzieli się na ten temat. Z ankiet, jakie kiedyś anonimowo przeprowadziłam w moim gabinecie, wynikało, że istotne dla nich było ze strony terapeuty: „słuchanie”, „stworzenie bezpiecznego klimatu”, „miły, ciepły głos”, „życzliwość”. Jest i tak, że niektórzy pacjenci, zwłaszcza „nowi”, czasem chyba nawet nie wiedzą, że jestem osobą całkowicie niewidomą. Wynika to być może z tego, że przychodząc na psychoterapię, są przede wszystkim skupieni na sobie i rozwiązaniu własnych problemów.

Jak technicznie Pani sobie radzi z wykonywaniem tej pracy? Wiadomo, że poza psychoterapią, Narodowy Fundusz Zdrowia wymaga prowadzenia dokumentacji pacjentów.

Pacjent trafia do mnie – skierowany przez psychiatrę albo lekarza pierwszego kontaktu z gotową diagnozą (czasem się zdarza, że jej nie ma; wtedy, niestety, musi być odesłany do właściwego specjalisty celem zdiagnozowania problemu). W placówkach NZOZ, w których jestem zatrudniona, mam ustalone, że przed przyjęciem pierwszorazowego pacjenta, dyktowane jest mi przez panie rejestratorki rozpoznanie jednostki chorobowej. Potem, podczas sesji robię, korzystając z notatnika brajlowskiego, bardzo krótkie notatki, zapisując sobie pojedyncze słowa (nie chcę pisać przy pacjencie zbyt dużo, ponieważ uważam, że to jemu powinnam poświęcić czas). Natomiast później, po wyjściu pacjenta, redaguję wymaganą przez NFZ treść dotyczącą danej sesji, nagrywam na pendrive, przenoszę do komputera, a następnie drukuję. Jedyne czego nie robię samodzielnie, to nie wkładam tej dokumentacji do „Historii pacjenta”. Tym zajmują się panie z rejestracji. Współpraca w tym zakresie układa się nam bardzo dobrze.

Wspomniała Pani o notatniku brajlowskim, rozumiem, że alfabet punktowy nie jest dla Pani „przeżytkiem”, jak twierdzą niektóre osoby niewidome.

Brajl towarzyszy mi od początku i nie wyobrażam sobie życia bez tego systemu. Posługiwałam się nim na wszystkich etapach kształcenia, także i dziś odgrywa ogromną rolę. Z tą różnicą, że kiedyś nosiłam ze sobą ciężką i niewygodną maszynę brajlowską (jeszcze licencjat na niej pisałam), natomiast dziś towarzyszy mi dyskretny i lekki notatnik brajlowski pod nazwą „BrailleSense”. W każdej chwili mogę coś w nim zapisać, ale także, posługując się „linijką brajlowską”, przeczytać, co napisałam.

Zresztą nie tylko w pracy korzystam z brajla. Np. w domu, wszystko co tego wymaga – dokumentacja, płyty, książki, przyprawy w kuchni itp. są oznakowane tym systemem. Poza tym, w wolnym czasie, zdecydowanie wolę czytać książki czy czasopisma pisane brajlem, niż słuchać nagrań. Wynika to być może z faktu, że po wielu godzinach koncentracji i uważnego słuchania pacjentów, pragnę wytchnienia i spokoju. A to zdecydowanie bardziej zapewnia mi lektura czytana samodzielnie.

Pani praca, w kilku miejscach, wymaga pokonywania znacznych odległości. Jak Pani sobie radzi z trafianiem pod różne adresy, czy przeszła Pani kurs orientacji przestrzennej? Czy porusza się Pani samodzielnie?

Zawsze nosiłam ze sobą białą laskę, i nie rozstaję się z nią do dziś. Jak wspomniałam, podstawy orientacji przestrzennej i samodzielnego poruszania się wyniosłam z Lasek. Doskonaliłam je w Ośrodku dla Niewidomych w Łodzi. Gdy byłam na studiach licencjackich i mieszkałam na stancji, w wynajętym u obcej osoby pokoju, sama pokonywałam trasę na uczelnię. Tej trasy i kilku innych, wówczas mi potrzebnych, nauczył mnie instruktor orientacji przestrzennej. Natomiast mój tato, który obserwował, na czym polegała ta nauka, później już sam uczył mnie pokonywania innych, „nowych” tras. Dziś poruszam się w miarę pewnie, w znanym mi terenie, ale przyznaję, że trochę mnie już męczą prawie codzienne, trwające godzinę dojazdy z Łasku do Łodzi (a potem do konkretnych przychodni). Niedawno nawet, tak trochę na próbę, wynajęłam tu mieszkanie. Wciąż jednak nie podjęłam ostatecznej decyzji, gdzie wolę mieszkać, ponieważ nadal nie mam przekonania, która opcja jest dla mnie lepsza: Łask czy Łódź. Mieszkając w Łodzi, miałabym wszędzie bliżej, natomiast w Łasku mam swoje mieszkanie, a niedaleko rodziców, na których zawsze mogę liczyć…

Domyślam się, że rodzice nie ograniczali ani wcześniej – w czasie nauki, ani tym bardziej obecnie, Pani wolności. Czy musiała ich Pani w jakiś sposób przekonywać o tym, że chce i może być osobą maksymalnie od nich niezależną, czy też oni sami pozwalali, a może zachęcali Panią do samodzielnego poruszania się?

Odkąd pamiętam, rodzice zawsze mnie dopingowali, uważając że wszelkie próby podejmowania samodzielnego życia są dla mojego dobra. Przypominam sobie rozmowę z nimi, kiedy miałam zacząć poruszać się samodzielnie po Łodzi i docierać na studia licencjackie. Pełna wówczas obaw i lęków, pamiętam jak pytałam, co ze mną będzie, gdy na przykład wpadnę pod samochód. Wtedy rodzice mówili, że muszę być ostrożna, rozważna, ale wszystkiego się nie przewidzi. I że muszę próbować, ponieważ „siedzeniem w domu” niczego się nie załatwi. No i próbowałam.

Co Pani najbardziej przeszkadza w codziennym poruszaniu się po mieście?

Mój rodzinny Łask – zamieszkiwany przez około trzydziestotysięczną społeczność, jest zupełnie niedostosowany do potrzeb osób niewidomych. Osobiście mało się po nim poruszam samodzielnie, ponieważ na przejściach ulicznych brak jest świateł (nie tylko udźwiękowionych), na przykład, chcąc dojść do dworca PKS, muszę pokonać bardzo ruchliwe przejście. A ponieważ jest to bardzo niebezpieczne, korzystam z pomocy – zarówno gdy wyjeżdżam do Łodzi, jak i podczas powrotu. Poza ruchliwym i niebezpiecznym do pokonania przejściem, problem mam z orientacją na dworcu, ponieważ autobusy zatrzymują się w różnych miejscach. Dodatkowo, gdy wracam późno, zazwyczaj około 20:00 – często się zdarza, że nie ma nikogo na ulicy, a więc nie mogę zapytać, ani poprosić o pomoc.

Natomiast w Łodzi, po której od około dziesięciu lat samodzielnie przemieszczam się, na pewno przeszkadzają mi niektóre słupki. Generalnie jednak nie mam tu większych problemów. Także z poproszeniem i otrzymaniem ewentualnej pomocy w sytuacjach „awaryjnych”.

Czy mogłaby Pani, na bazie własnych doświadczeń, podpowiedzieć osobom niewidomym – jak zdobywać i podtrzymywać przyjaźnie, jak korzystać z pomocy osób widzących?

Myślę, że przede wszystkim należy być życzliwym. Istotne jest też, aby podtrzymywać kontakty, nie czekając, aż ktoś inny o nie zadba (na zasadzie: „ja nie zadzwonię, bo on/ona do mnie nie dzwoni”). Czasem warto też zaproponować „coś” z naszej strony widzącym przyjaciołom – wysłuchanie, rozmowę, wsparcie, doradzenie. To jest na pewno coś, co możemy dać, może też warto zaproponować wspólne wyjście, np. do teatru czy na kawę.

Co mogłaby Pani poradzić osobom niewidomym, pragnącym wykonywać zawód psychoterapeuty? Na co powinny zwrócić szczególną uwagę? Jakie cechy warto w sobie wykształcić? Nad czym szczególnie trzeba pracować?

Kluczowe jest pogodzenie się ze swoją niepełnosprawnością, tak aby w kontakcie z pacjentem tej niepełnosprawności było na tyle mało, na ile jest to możliwe. Uważam też, że nie należy eksponować swojej niepełnosprawności. Dlatego ja na przykład, nie chcę mieć psa przewodnika, bo to by – moim zdaniem – zakłócało kontakt z pacjentem. Trzeba też mieć w sobie zgodę na odpowiedź na zadawane czasem przez pacjentów pytania, dotyczące niewidzenia, np. od kiedy pani nie widzi? Co jest przyczyną?

Na pewno bardzo ważna w tym zawodzie jest umiejętność słuchania, empatia, umiejętność stwarzania miłej, dającej poczucie bezpieczeństwa atmosfery, umiejętność nieoceniania (ale te i inne elementy są nabywane, czy doskonalone podczas różnych szkoleń i superwizji).

A jak lubi Pani spędzać swój wolny czas? Czy w ogóle go Pani ma?

Staram się mieć wolne weekendy (chociaż czasem ulegam prośbom i przyjmuję na terapię też w soboty; ostatnio np. dość często się zdarza, że dzwonią zawodowi kierowcy i proszą o terapię w ten właśnie dzień, bo kiedy indziej nie mogą). Wtedy przyjmuję ich w Łasku, gdzie prowadzę prywatną praktykę (zasadniczo pracuję tam w czwartki i w co drugą środę). Natomiast w czasie wolnym lubię wyjeżdżać do znajomych „w Polsce” – ze względu na mieszkanie w internatach, mam ich sporo. Lubię też gościć swoich znajomych u siebie. Poza tym, jak już mówiłam – lubię książki, chętnie chodzę do teatru. Lubię też jeździć na tandemie, pływać w basenie, jeździć na wycieczki, angażuję się trochę w prace Koła PZN, trochę czasu spędzam przy komputerze.

Poza pracą psychoterapeuty, w wolnym czasie prowadziłam w Łasku – w ramach projektu „Zobaczcie nas”, realizowanego przez Fundację „Vis Major” – lekcje w szkołach podstawowych i gimnazjach na temat tego, jak funkcjonują osoby niewidome. Byłam też zaproszona do szkoły w Warcie, gdzie nauczyciele sami zorganizowali podobne spotkanie pod nazwą: „Gdyby był niewidomy uczeń w naszej klasie”. Podczas takich lekcji, każde dziecko dostawało na karteczce swoje imię zapisane brajlem. Czasem, po tych spotkaniach, zdarza mi się usłyszeć gdzieś na ulicy: „O, pani była u nas na lekcji”. Pamiętam, że największy komplement otrzymałam od chłopca, który powiedział: „Jak pani była w mojej szkole, to lekcja była tak ciekawa, że nikt nawet nie zaglądał do komórki”. Lubię takie spotkania, dlatego chętnie korzystam z zaproszeń do szkół i przedszkoli.

A o czym Pani marzy?

O zagranicznych podróżach…

Życząc, by te marzenia podróżnicze i jeszcze wiele innych się spełniały – bardzo dziękuję za rozmowę.

Renata Nowacka-Pyrlik, instruktor rehabilitacji podstawowej niewidomych i słabowidzących