Treść strony

 

Przez życie płynie stylem sportowym – Agata Pisarska

– Za każdym razem, gdy byliśmy gdzieś na zawodach, Asia wysyłała tradycyjne kartki pocztowe tym, którzy nie pojechali. Zawsze pamięta o innych. To jest po prostu dobry człowiek – mówi o Joannie Mendak jej trener Edward Dec.

Ona sama o sobie mówi, że jest po prostu otwarta na innych ludzi, lubi rozmawiać.
– Ja wielu rzeczy nie wiem, a od ludzi zawsze można dowiedzieć się czegoś ciekawego, nawet ci, których znamy dłużej, mogą nas zaskoczyć swoimi poglądami czy doświadczeniami – zauważa.
W świat sportu wyczynowego weszła już jako trzynastolatka. Podczas swojego debiutu na mistrzostwach świata w Argentynie zdobyła srebrny medal na 100 m stylem motylkowym i brązowy na 200 m tym samym stylem.

Królowa stylu motylkowego

„Od tego czasu zdobywała medale na praktycznie każdym mundialu na długim basenie, a w swojej kolekcji ma sześć złotych, cztery srebrne i cztery brązowe medale tej imprezy, dokładając do tego złoty i srebrny medal Mistrzostw Świata na krótkim basenie. Największy sukces podczas MŚ osiągnęła w Durban (RPA) w 2006 roku, gdzie sięgnęła aż po pięć złotych medali (50 m stylem dowolnym, 100 m stylem dowolnym, grzbietowym, motylkowym i klasycznym) oraz raz stanęła na drugim stopniu podium (200 m stylem zmiennym)” – informuje Polski Komitet Paraolimpijski.
W tym roku mija dziewiętnaście lat od powołania jej w szeregi kadry narodowej w pływaniu osób z niepełnosprawnością. Do dwudziestego roku życia startowała także z pełnosprawnymi zawodnikami. I to właśnie na zawodach z nimi osiągnęła swój najlepszy życiowy wynik 1:2.55 na mistrzostwach Polski. Jednak nie mógł być on uznany za rekord świata, gdyż zawody nie były zgłoszone do kalendarza imprez olimpijskich, a takie są wymogi.
Ale Joanna niepodzielnie króluje już ponad dziesięć lat w tabeli rekordów świata, jako jedyna na razie Polka, w konkurencjach paraolimpijskich rozgrywanych na igrzyskach. Jest rekordzistką świata na 100 m stylem motylkowym w kategorii S12 (1:03.11).
Ma za sobą starty w pięciu igrzyskach paraolimpijskich z rzędu od 2004 roku. W swoim koronnym dystansie na 100 m stylem motylkowym zdobyła aż trzy złote medale paraolimpijskie (Ateny 2004, Pekin 2008, Londyn 2012). Wywalczyła też srebro na 200 m stylem zmiennym na igrzyskach w Pekinie i brąz na 100 m stylem dowolnym (Ateny 2004, Pekin 2008).
Joanna jest także trzykrotną rekordzistką świata na krótkim basenie: na 50 m stylem motylkowym (30.23, Rio de Janeiro 2009), 100 m stylem motylkowym (1:05.10, Rio de Janeiro 2009) i 200 m stylem motylkowym (2:34.39, Płock 2003). Zdobyła również dwa złote, trzy srebrne i trzy brązowe medale mistrzostw Europy. Słowem, jest jedną z najbardziej utytułowanych polskich paraolimpijek i trudno wymienić jej sukcesy, by czegoś nie pominąć.

Sportowy styl życia

Nie dziwne więc, że sport jest dla niej po prostu stylem życia.
– Oczywiście, że w dzieciństwie to rodzice podjęli decyzję, że będę chodziła na zajęcia pływania. Świadomie dopiero jako mniej więcej czternastoletnia dziewczynka zdałam sobie sprawę, co trzeba poświęcić – nie lubię tego hasła, ale tutaj pasuje ono idealnie – czy i na ile trzeba się zaangażować w tę aktywność, żeby przyniosła ona sukcesy. Wtedy zaczął się ten sport przez duże „S”– wspomina.
– Sport w pewnym sensie jest więc moim stylem życia, na pewno spełnieniem ambicji, ale też daje mi możliwość podróżowania i poznawania siebie. Poprzez sport odkryłam swoje mocne strony, ale też zobaczyłam, co jest we mnie trudne. Myślę, że każda praca, jaką podejmujemy, daje nam feedback (czyli informację zwrotną), o tym, jak jesteśmy postrzegani przez innych i jakie oczekiwania mamy wobec siebie samych – dodaje.
Sama o sobie mówi, że jest panikarą.
– Najpierw, w początkowym momencie, dostrzegam same negatywy. Zanim zrobię pierwszy krok, przeważnie jestem nastawiona na „nie”. Muszę usiąść, zrobić listę plusów i minusów i wtedy zmieniam nastawienie.
Absolutnie zaprzecza tej opinii trener Joanny Edward Dec. Razem pracują już ponad dwadzieścia lat, jak mówi Asia, razem dorastali, ona do życia, trener w sensie sportowym.
– Przez Asię przemawia skromność. Mówiąc, że jest panikarą, ma może na myśli ostatnie trzy, cztery lata, kiedy borykała się z kontuzjami, presją wyniku, do tego dochodzą oczekiwania wobec siebie, ale i chęć, by zaspokoić oczekiwania innych, to duży nacisk. Po dwudziestu dwóch latach wyczynowego pływania „zmęczenie materiału” jest więc bardzo duże. Ma prawo do stresu, ale nigdy nie było u niej paniki. Oczywiście, stres startowy dopada wszystkich, ale u niej akurat zawsze działał mobilizująco – mówi Edward Dec.
– To przede wszystkim dobry człowiek, to moje pierwsze skojarzenie z Asią. Z mojej perspektywy cały czas jest tą małą Asią, chociaż teraz jest już moją szefową – dodaje.
A to dlatego, że Joanna Mendak jest prezesem klubu IKS „Herkules” w rodzimych Suwałkach, gdzie prowadzi także grupę dzieci z niepełnosprawnościami. Mają oni na swoim koncie już pierwsze sukcesy osiągnięte pod jej okiem, jak na przykład uczestnictwo w finale na mistrzostwach świata we Włoszech czy trzy powołania do kadry narodowej.
– Asia funkcjonuje tam z młodzieżą, jakby sama miała czternaście lat. Z dziećmi bawi się chyba lepiej niż one, przynajmniej tak wyglądała, jak tańczyła z nimi ostatnio „kaczuszki” – dopowiada trener Joanny.
Mówi, że czasami przychodzi się do niego wypłakać, jak wtedy, gdy miała siedem lat.
– Zawsze płakała, jest wrażliwa. Jest niepewna w tym, co robi. Bywają momenty, kiedy narzeka, że sobie nie radzi. Oprócz wysyłania kartek do zawodników, którzy nie pojechali na dane zawody, co nieraz jest kłopotliwe, bo trzeba szukać znaczków, poczty, kupuje też upominki. Jak na przykład po ostatnich igrzyskach w Tokio, gdzie nie było zawodnika, który nie dostałby od niej drobiazgu, nie mówiąc nawet o mojej żonie i synu. A przecież nie było o nie łatwo ze względu na panujący tam reżim sanitarny. I nie chodzi o te suweniry, ale o to, że zawsze pamięta o innych.

„Dwa razy nogi, raz ręce”

I choć po tylu latach wspólnych treningów Joanna Mendak z Edwardem Decem rozumieją się doskonale, to sam trener podkreśla, że nie zawsze było różowo.
– Nie raz musiała usłyszeć od trenera gorzkie słowa. Dlatego, jak ze mną wytrzymała, to z każdym wytrzyma – kwituje szkoleniowiec.
To przez lata budowane zaufanie i porozumienie dało owoce w trudniejszych momentach drogi sportowej Joanny.
– Gdybym powiedziała, że nie miałam ochoty rzucić sportu, to bym skłamała. Jak każdy mam gorsze i lepsze momenty, jak każdy prowadzę życie prywatne i zawodowe, momentami przychodzi po prostu fizyczne wyczerpanie. Byłam na fali wznoszącej w swojej karierze sportowej, co roku osiągałam wyniki. Kiedyś usiadłam z moim trenerem na trybunach na mistrzostwach świata i powiedziałam mu, że w ogóle nie czuję, że to są zawody tej rangi. Było mi z tym bardzo źle. I to był pierwszy sygnał, że mój układ nerwowy już nie chce współpracować, nie ma takiej motywacji. Dlatego podjęliśmy z trenerem decyzję, że robimy luźniejszy rok. Mój organizm wysłał mi mocny sygnał, że jest przetrenowany. Było to mocne doświadczenie, ale ono pokazało też, że nasza relacja trener –zawodnik opiera się na zaufaniu i uczciwości wobec siebie – wspomina Joanna.
Podkreśla, że dla sportowca to bardzo ważne, by mieć mądrego, świadomego trenera i oddanych bliskich ludzi, którzy przypomną w tych słabszych momentach, że robi się to dla siebie, że nic się nie stanie, jeśli nie pójdzie się na trening.
– Z moim trenerem mamy swój rytuał przed startami. Zdajemy sobie sprawę, że już więcej nic nie zmienimy, co mieliśmy zrobić, już zrobiliśmy, a na zawodach pozostaje jeszcze dobre nastawienie. Trener zawsze z wielkim uśmiechem na twarzy mówi: „No Aśka, dwa razy nogi, raz ręce i do przodu, robisz swoje” –  chodzi o ruchy w pływaniu w stylu motylkowym. Nigdy się też nie zdarzyło, żeby trener zanegował mnie po starcie. Wychodzi z założenia, że jak coś poszło nie tak, to już jest wystarczająca kara dla zawodnika. Zawsze chwalił, mówił, że dałaś z siebie wszystko, co mogłaś, robota zrobiona, lepiej nie może być i masz się z tego cieszyć, i powinnaś to robić. To bardzo fajne podejście, zawsze z uśmiechem, trochę żartując i z nastawieniem, że będzie dobrze. Ta strategia przez dwadzieścia dwa lata nam się zawsze sprawdzała.

Sport, a nie ograniczenia

Joanna cieszy się z tego, że sport paraolimpijski ma się coraz lepiej. W jej opinii świadczą o tym, między innymi, przekazy medialne po ostatnich igrzyskach paraolimpijskich w Tokio.
– Sporo się w mediach o tym mówiło, były transmisje na żywo. To bardzo ważne, że sport paraolimpijski zaczyna być odbierany jako profesjonalny, wyczynowy, a nie tylko jako rehabilitacja. O to właśnie zawodnikom z niepełnosprawnościami przez długi czas chodziło – żebyśmy byli postrzegani jako sportowcy, a nie osoby z ograniczeniami. Dużo się zmieniło w odbiorze sportu paraolimpijskiego i trzeba to docenić, co nie znaczy, że nie chcemy więcej, jeszcze bardziej świadomych przekazów medialnych – mówi Joanna.
Ale zmianę zauważyła, na przykład jej pacjenci oglądali transmisje z igrzysk i nareszcie zaczęli rozumieć, o co chodzi w tym sporcie. Docenia także fakt, że emitowane były spoty sponsorskie dużych spółek z udziałem paraolimpijczyków, które wchodzą w promocję sportu paraolimpijskiego.
– Niektórzy zawodnicy podpisują kontrakty z firmami, co oznacza, że wreszcie zaczynamy być postrzegani jako sportowcy, a nie jako osoby, u których najpierw widać niepełnosprawność, a dopiero potem wynik sportowy – podkreśla zawodniczka.
Wielkim zaszczytem było dla Joanny wyprowadzenie polskiej reprezentacji na igrzyskach paraolimpijskich w Tokio, gdzie była, wraz z Maciejem Lepiato, chorążym polskiej kadry.
– Przyjęłam to wyróżnienie z wielkim wzruszeniem. Myślę, że to piękne podsumowanie dorobku sportowego, jakby nie patrzeć, to były moje piąte igrzyska paraolimpijskie. Włożyłam w to, co udało mi się osiągnąć, kawał serca i mam nadzieję, że być może kogoś zainteresowałam sportem albo minimalnie chociaż zmieniłam świadomość o sporcie paraolimpijskim. To piękne uczucie wyprowadzić polską reprezentację i mam nadzieję, że nikogo nie zawiodłam, starałam się, by wyszło to jak najlepiej.
Same igrzyska w Tokio w tak ścisłym reżimie sanitarnym ocenia jako dziwne.
– To chyba najwłaściwsze określenie. Dobrze oczywiście, że w ogóle się odbyły. Trzeba się cieszyć z wyników, które osiągnęliśmy i podkreślać, że mieliśmy zawodników debiutantów i takich, którzy cały czas są w czołówce światowej. Ja osobiście źle się czułam, jeśli chodzi o całą oprawę związaną z reżimem sanitarnym – ciągłe noszenie maseczek, codzienne testy, czy to, że nie mogliśmy nawet kibicować naszym kolegom i koleżankom na innych obiektach sportowych. I bardzo żałuję, że lecąc tyle godzin do Tokio, nie zasmakowałam Japonii. Jednak najważniejsze, że igrzyska odbyły się bez większych przeszkód i cała nasza reprezentacja wróciła cała i zdrowa.
Co prawda, jest przyzwyczajona do podróży w bardzo ciekawe i piękne miejsca, które mogłyby być wyjazdami życia, a były często poświęcone pracy i zawodom. Jednak Japonii jej szkoda.

Nie tylko nagrody

Joannie leży na sercu kwestia promocji sportu. Uważa, że jest to wpisane w jej zawód sportowca wyczynowego i bycie osobą publiczną. Dlatego nie stroni od wizyt w szkołach, akcji społecznych i innych wydarzeń, także lokalnych. Została też zaproszona do projektu edukacyjnego Fundacji Otylii Jędrzejczak.
– Mam też taki charakter, na zasadzie „dlaczego nie?”. Może to kogoś zainteresuje, przyciągnie do sportu, może ktoś zna kogoś, komu pokaże, że warto spróbować.
Nie tak dawno lokalne media kusiły czytelników krzykliwym tytułem: „Joanna Mendak w areszcie śledczym”. Na szczęście nie chodziło o żadne problemy z prawem, ale jedynie odwiedziny Joanny w więzieniu w Suwałkach, aby promować i tam sport paraolimpijski.
Joanna Mendak została wyróżniona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski (2008) oraz Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski (2013). W bieżącym, 2021 roku otrzymała statuetkę „Lodołamacza specjalnego” przyznawaną za promowanie aktywności osób z niepełnosprawnością w różnych dziedzinach.
– To są piękne uroczystości, i gdybym powiedziała, że nie jestem dumna, skłamałabym. Niezależnie od tego, czy jest to laurka wręczana przez dzieci, czy odznaczenie państwowe, to jest feedback od kibiców, społeczeństwa i wartość dodana. To pokazuje, że praca, którą wykonuję jako sportowiec, jest dostrzeżona. Może to będzie dla kogoś inspiracją. Życzę każdemu, by mógł przeżywać emocje sportowe. Jednak trzeba pamiętać, że zawodnicy nie zawsze są tylko nagradzani; sport ma też ciemne strony, o których mówi się mniej.
Dzieląc się swoim doświadczeniem, podkreśla, że jedną z nich są kontuzje.
– Kontuzje sportowe niosą też dalsze konsekwencje, jak na przykład to, że zawodnik nie startuje wtedy na zawodach rangi mistrzowskiej. To z kolei pociąga za sobą to, że nie ma wtedy podstawy do ubiegania się o stypendium sportowe, a wtedy zablokowane są środki finansowe na kolejny sezon. Takie sytuacje zdarzają się w sporcie paraolimpijskim i olimpijskim.
Problemem w sporcie wyczynowym bywa też hejt, którego zawodnicy stają się mimowolnymi odbiorcami. Sporym wyzwaniem dla kobiet bywa też połączenie macierzyństwa z uprawianiem sportu i powrót do niego po urodzeniu dziecka.
– Jeszcze innym problemem jest nieprzygotowanie zawodników na zakończenie kariery sportowej, a trenerów na wyprowadzenie takich zawodników poza sport. Kwestie emocjonalne i finansowe odgrywają tu dużą rolę.
Podkreśla, że życie sportowców wyczynowych biegnie często ustalonym odgórnie harmonogramem.
– Potem wracamy do domu i nawet błahe sprawy, jak zapłacenie rachunku czy znalezienie dentysty, mogą być dużym wyzwaniem. Nagle sami musimy odnaleźć się w tej rzeczywistości – mówi Joanna.

Z drugiej strony sportu

Trzydziestodwuletnia dziś zawodniczka powoli zaczyna myśleć o pozostawieniu sportu wyczynowego, taka jest bowiem kolej rzeczy. Na razie nie ma jasno określonych planów, kiedy miałoby się to stać.
– Serce i rozum walczą jeszcze, by nie zostawiać sportu wyczynowego, ale długoterminowych planów nie podejmuję. Nie ukrywam, że kusząca jest perspektywa kolejnych igrzysk paraolimpijskich w Paryżu w 2024 roku. Nie mówię „nie” – rozważam. Na razie walczę o miejsce w reprezentacji Polski na mistrzostwach świata w połowie czerwca przyszłego roku, i to jest plan na najbliższy czas. Chciałabym też późnym latem w przyszłym roku pojechać z moją grupą zawodników z niepełnosprawnościami na pierwsze mistrzostwa Polski juniorów w pływaniu osób z niepełnosprawnościami.
Równocześnie ostatnie trzy lata upłynęły Joannie na coraz większym zaangażowaniu w pracę fizjoterapeuty, prowadzi bowiem swoją praktykę w tym zakresie i ma ciągły apetyt na poszerzanie wiedzy w tym obszarze. Rozwija także swoją metodologię jako instruktor pływania, stawiając pierwsze kroki z drugiej strony sportu.
To, czego nauczyła się, uprawiając sport wyczynowo, to na pewno to, że zawsze warto podjąć próbę i wyzwanie. Nawet jeśli coś nam nie wyjdzie, to jest w porządku, to też jest jakieś doświadczenie. Ceni sobie poczucie spokoju, który rzutuje na całe życie. Jest wdzięczna rodzicom, którzy pozwalali jej na wszystko i uczyli, że w dużym stopniu może funkcjonować samodzielnie.
– Mam też taki charakter, że lubię zrobić wszystko sama. Dopiero jako dorosła kobieta uczę się poprosić czasami o pomoc i tego, że to jest w porządku. Urodziłam się jako wcześniak, czego konsekwencją jest niedowidzenie i retinopatia wcześniacza. Nie widzę na prawe oko, a na lewe mam mocno ograniczone pole widzenia i ostrość. Nie przypominam sobie, żebym obrażała się na swoje niedowidzenie. Bardziej złoszczę się w codziennych sprawach, na przykład w takich sytuacjach, kiedy się spieszę i zdaję sobie sprawę, że samochodem mogłabym tam być w dziesięć minut, a na piechotę idę pół godziny. Albo muszę dojechać na zawody i jest złe połączenie PKP, albo muszę zrobić większe zakupy i przynieść je w plecaku i siatkach, zamiast przywieźć samochodem.
Jak podkreśla, zawsze trafiała na przyjacielskich ludzi wokół siebie, którzy akceptowali jej ograniczenia, albo ich wręcz nie zauważali.
– Szliśmy do kina, gdzie niewiele widziałam, albo na mecz koszykówki, albo jechaliśmy gdzieś i przyjaciele żałowali, że czegoś nie widzę. Jednak czasami ważna jest po prostu ta obecność i klimat, a nie tylko to, by koniecznie coś zobaczyć.
Paulina Woźniak, pływaczka, wicemistrzyni paraolimpijska z Pekinu, brązowa medalistka z Londynu, a prywatnie przyjaciółka Joasi, mówi, że nie ma ona większych wad, które mogłyby przeszkadzać w jej odbiorze, jedynie tę, że jest… gadułą. Mieszkały w jednym pokoju na wielu zgrupowaniach.
– Asia zawsze na dobranoc mówiła: „aniołeczka do snu”, dlatego jak o niej myślę, to pierwsze, co przychodzi mi do głowy, to „aniołek”. Miałyśmy też wspólnego chłopaka, dziś się z tego śmiejemy. Asia jest starsza, więc była pierwsza. To był wspólny znajomy z kadry, więc już po fakcie zgadałyśmy się kiedyś na ten temat – opowiada Paulina Woźniak.
Joanna co do swojego obecnego życia prywatnego mówi tylko, że może zostać tak, jak jest, bo tak jest dobrze.
Agata Pisarska


Artykuł publikowany w ramach projektu „TYFLOSERWIS 2021–2024 INTERNETOWY SERWIS INFORMACYJNO-PORADNICZY", dofinansowany ze środków Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych.